niedziela, 26 marca 2023

W nowym czasie i przestrzeni

W poniedziałek obudziłam się o 8:00 rano, czułam się wyspana. Pomyślałam, że to oznaka zaadoptowania się już do nowego czasu. Wyszłam do ogrodu przyglądać się monsterom i na trawie spotkałam dzikiego indyka. 
Bardzo ciekawski gościu lub gościówa, no cóż, nie potrafiłam jeszcze odróżnić. Przechadzając się wkoło domu normalnie czułam się śledzona :). 
Po śniadaniu zebraliśmy się sprawnie i wyruszyliśmy do miasteczka Murwillumbah na zakupy. Pierwszy przystanek to hinduski sklep, a w nim przede wszystkim warzywa, owoce i mąka z cieciorki. Drugi punkt to sklep budowlany z akcesoriami do malowania i prac remontowych. 
Wróciliśmy do naszej doliny. Wczesnym popołudniem wyszliśmy na spacer wzdłuż strumienia. Las deszczowy wyżywi nie jedno zwierzę i nie jednego człowieka. Do tej pory udało mi się wyszukać bananowce i drzewa z owocami kaki czyli persymoną. Nieustannie podziwiam drzewa, szczególnie te z białymi pniami.
Po powrocie wzięłam się za pracę i zaczęłam pomagać przy przeglądaniu starych farb, sprawdzaniu ich jakości, opisywaniu etykiet. Jedną z półek wyczyściłam i poustawiałam na niej wszystkie dobre farby. Na gwoździu zawiesiłam worek, do którego wrzucałam nienadające się do niczego farby i różne nieprzydatne czy zepsute akcesoria. W planie jest między innymi malowanie wnętrza pomieszczenia zwanego STUDIO, gdzie każdego rana odbywają się medytacje. 
We wtorek obudziłam się o 7:30 i poszłam medytować. Dzień minął pracowicie. Skończyłam drugą część sortowania farb i wzięłam się za "grabienie liści". 
No tak, duże drzewa to i duże liście :). Gdy taki liść spada z drzewa robi się wielki hałas. Przycinałam również kwitnący krzew, który był uwięziony w uschniętych grubych gałęziach. Zebrane liście i gałęzie będą częścią  kompostu. Brałam udział również tworzeniu kompostownika metodą DIY, próby niebawem.
Gdy tylko skończyliśmy z prototypem zaczął padać deszcz. Zorientowałam się, że tylko wtedy gdy pada deszcz dzwięki lasu ucichają. Padało całą noc . 

Pierwszy dzień w australijskim raju

Obudziłam się o 4-tej nad ranem z wielkim bólem głowy, nie mogłam dłużej spać. Generalnie rzadko boli mnie głowa. Wstałam, zrobiłam sobie ziołową herbatę i zaczęłam pić dużo wody. Przez godzinę czułam się bardzo chora, nawet żołądek zaczął protestować. Zastanawiałam się czy zjadłam coś niedobrego lecz nie przypominałam sobie. Najprawdopodobniej było to zmęczenie po dwudniowej podróży i przebywanie w różnych strefach czasowych oraz początek przestawiania się na nowy. Ten sposób myślenia uspokoił moje ciało. Było ciemno. Wyszłam na zewnątrz gdzie przywitał mnie duży księżyc. Około szóstej wstawał dzień, a z nim ptaki i inne dziko żyjące zwierzęta oraz insekty. Moim oczom ukazało się przepiękne otoczenie z bardzo różnorodną roślinnością, wysokimi drzewami, niespotykanymi w mojej szerokości geograficznej roślinami. Odgłosy przyrody budziły się coraz bardziej, głośno mnie witały. Wszystko to wypełniało moją duszę i zmęczoną głowę uspokajając jednocześnie. Niesamowite uczucie.
Przed śniadaniem zjedliśmy banany i owoc dziko rosnącej monstery. Monsterę znam z dzieciństwa, rosła u nas w domu w dużej doniczce. Zawsze podobały mi się jej duże, o ciekawym kształcie liściach.  Pamiętam ją, że był to zawsze dorodny kwiat. Jest ona popularna w wielu regionach Australii, rośnie dziko, ma wielkie liście, może piąć się po drzewach. Największym moim odkryciem było, że owocuje, jej owoce są jadalne i bardzo smaczne. Jeśli próbowałabym opisać smak tego owocu, to jest to mix banana i ananasa w jednym. Napiszę o tej roślinie więcej później.
Rozpakowałam się i zapoznałam z okalającym mnie terenem. Dom jest samowystarczalny. Panele słoneczne dostarczają zarówno ciepłą wodę jak i prąd. Jedynie gaz i satelitarny internet to źródła zewnętrzne. Toaleta to naturalny system kompostowalny, przyroda robi swoje.
Na śniadanie zrobiłam tofucznicę z warzywami i udaliśmy się do małej wioski UKI na market. Ma on miejsce w każdą trzecią niedzielę miesiąca. 
To cudowne miejsce z hippisowską atmosferą. Muzyka na żywo, rośliny, jedzonko, naturalne lody z regionalnych owoców, książki, biżuteria, stoiska ze zdrowymi kosmetykami i konopnymi  produktami, używana odzież na wieszakach... 
Aborygeński artysta tworzył swoje dzieła rozmawiając jednocześnie z zainteresowanymi osobami o zapisach w konstytucji, o prawach Aborygenów... Z łatwością skupiał uwagę przechodzących.
Wioseczka w centrum posiada sklep, palarnię kawy, kilka miejsc z jedzeniem, książki drugiego obiegu, sklepie z lokalną biżuterią i drobnym wyposażeniem wnętrz, kościółek.
Zatrzymam się chwilę przy kościółku. Jest on prowadzony przez chrześcijan, ale nie narzuca ona żadnej religii. Na mszę przychodzi niewiele osób. Żyje to miejsce swoim życiem będąc jednocześnie miejscem rozwojowym z wieloma możliwościami. W tym momencie kontynuowane są tam zajęcia jogi, a w niedługim czasie różnego typu zajęcia uzdrawiające. Za tydzień mam zamiar tam się udać.
Robiło się coraz bardziej gorąco. Ruszyliśmy na mały spacer w stronę potoku schowanego w dzikiej przyrodzie, pod wielkimi drzewami różnych gatunków. Karl opowiedział mi o tegorocznej powodzi w tym rejonie, zobaczyłam linie do której sięgała woda. Podczas tej powodzi mieszkańcy tego rejonu zorganizowali się oddolnie, co zbliżyło lokalną ludność do siebie jeszcze bardziej.
Usłyszałam wrzask i kłótnie ptaków na wysokich drzewach koło strumienia. Byłam bardzo zdziwiona część z nich wisiała głową w dół, były czarne, część z nich kłóciła się ze sobą. Spytałam Karla co to są za zwierzęta. Były to flying foxes. Jest to odmiana nietoperzy, są na prawdę duze. Gdy latały, według mojej oceny,  ich skrzydła mogły mieć około jednego metra. W okolicy tych drzew rozprzestrzeniał się niezbyt przyjemny zapach. W ciągu dnia powinny spać, więc te tutaj przeważnie śpią pod liśćmi wielkich drzew, tak jak nietoperze głową w dół, a noc jest ich normalną porą do życia i połowów.
Ruszyliśmy do domu. Gdy wjeżdżaliśmy w zarośniętą część doliny droga zaczęła piąć się dość stromo. Kilkakrotnie strumień przecinał naszą drogę. Bez wysoko zawieszonego podwozia nie ma szans by się tu dostać. Nieustannie podziwiałam olbrzymią i piękną przyrodę.
Po obiadokolacji poszłam spać w nadziei, że jutro obudzę się zgodnie z tutejszym zegarem, wypoczęta, nowa.

sobota, 25 marca 2023

z Doha do Brisbane


W poczekalni rzędy ławek oznaczone były kartkami 1 zona, 2 zona, 3 zona, 4 zona. Dopiero wtedy zorientowałam się, że w jednym miejscu na karcie pokładowej widnieje napis 3 zona. Hmmm..jakie to sprytne. Pasażerowie wchodzą po kolei, nikt się nie pcha. Wołana jest 1 zona, ludzie wstają, idą w stronę wejścia, gdy w samolocie robi się miejsce to wzywają kolejną zonę. Samolot był większy od poprzedniego. Miał trzy rzędy, środkowy po cztery fotele, boczne po trzy. Zauważyłam, że trochę wolnych miejsc zostało. Zarezerwowałam miejsce w środkowym rzędzie, tam gdzie były cztery fotele i wybrałam brzegowy. Obok mnie siedziała para z Australii, wracali do domu na złote Wybrzeże. Między mną a panem był pusty fotel i od razu pomyślałam, że pewnie się przyda na wyciąganie nóg i przechowywanie różnych klamotów. Podobnego zdania był również mój sąsiad po mojej lewej stronie.
Ponad 14-to godziny lotu lekko mnie  przerażał, ale skoro tyle osób na świecie wytrzymuje tak długie loty to dlaczego ja miała bym nie wytrzymać? O 19-tej już byliśmy w powietrzu. Rozpoczęły się przygotowania do posiłku, najpierw napoje, małe i przegryzki, a potem kolacja. Również i tym razem otrzymałam posiłek roślinny. Przestałam się już o to martwić. Podróż urozmaicałam sobie słuchaniem audiobooka "Wołanie z końca świata". Temat książki zgodny z kierunkiem lotu, czyli z Australią. Po dwóch godzinach część osób szykowała się już do spania, gdy nagle rozległ się krzyk dziecka, potem płacz. Matka nie mogła sobie poradzić ani z dziecka ani ze swoimi emocjami. Część osób, które siedziały blisko, zaczęła się dąsać i wzdychała z pretensjami, że dziecko płacze. Ona zestresowana chciała zrobić wszystko by każdy mógł zasnąć. Im bardziej otoczenie nie rozumiało sytuacji tym bardziej dziecko płakało. Byłam zmęczona, chciałam zasnąć, lecz najbardziej życzyłam całej sytuacji by złorzeczenie ucichło, a dziecko i matka znaleźli spokój. Po 40 minutach udało mi się zasnąć. Trudno to nazwać snemm, była to moja 3 godzinna próba spania w przeróżnych pozach, a puste siedzenie obok odegrało swoją pomocną rolę. Za okienkami samolotu był już dzień. Większość pasażerów dryfowała w swoim nocnym czasie. Obudziło mnie "karmienie", zaczęto rozwodzić kanapki i napoje. Nie byłam głodna, ale za to bardzo śpiąca. "Dziobałam" głową na różne strony łapiąc sen po 10 - 15 minut. Po kolejnych 3 godzinach samolot zaczął się budzić. Od tego momentu czas zaczął szybciej płynąć. Jedzenie, picie, jedzenie, picie, w międzyczasie film (tym razem wybrałam SF o tytule "Noop"). Pół godziny przed lądowaniem rozdano deklaracje celne, puszczono filmik czego nie można wwozić na teren Australii. Przepisy są bardzo restrykcyjne.
No i wylądowaliśmy. Na lotnisku zgodnie z oznaczeniami ustawiłam się w kolejce do bramek z elektronicznymi paszportami (no bo przecież mam nowoczesny, taki światowy). Niestety nie zadziałał i musiałam podejść do innej kolejki, do asystenta podróżnych. Nie byłam jedyna. Na deklaracji tylko jedną odpowiedź zaznaczyłam na tak. Dotyczyła ona pytania czy między innymi przywożę nasiona, orzechy, zioła... Miałam ze sobą suplementy, orzechy, odżywkę białkową, krakersy z siemieniem lnianym. Pani w okienku zaznaczyła tą pozycję na niebiesko i poprosiła bym poszła do kontroli bagażu. Udałam się na karuzelę, wyłowiłam swoją walizkę i poszłam w kierunku pierwszego etapu kontroli. Podczas miłej rozmowy z panem opowiedziałam co to są za rzeczy, że przewożę je na własny użytek. Pochwaliłam się, że swoje trekingowe buty umyłam w Polsce i są czyste bez żadnych pozostałości na podeszwie. Był bardzo zadowolony. Życzył mi dobrego pobytu. Nie musiałem iść na drugi etap kontrolny. Co za ulga. Zawsze to niepotrzebny stres. Złapałam W-Fi i dałam znać że jestem. Udałam się na zewnątrz. Było już około 19-tej lokalnego czasu. Pogoda nieco pochmurna, bardzo ciepło i powietrze dość lepiące. Nie dało się ukryć, byłam w Australii.
Karl odebrał mnie z peek-up area. Powoli ściemniało się, a za pół godziny było już kompletnie ciemno. Opuściliśmy Queensland i wjechaliśmy na teren Nowej Południowej Walii. Po pewnym czasie wjechaliśmy na obrzeża Rain Forest i krętymi, wąskimi drogami wspinaliśmy się do góry. Czarne niebo nie pozwalało podziwiać pięknej przyrody. Pomyślałam, że przecież będę miała na to całe 5 tygodni. Po małej rozmowie i ciepłej herbacie udałam się spać do mojego pokoju. Byłam zmęczona. Pomyślałam - rozpakuję się jutro.

środa, 22 marca 2023

Na lotnisku w Doha część druga

Ruszyłam na śniadanie. W upatrzonym wczoraj miejscu 
zjadłam zupę pomidorową, pasztecik z tofu wraz z warzywnymi krakersami, do tego deser chia. 
Wyluzowana i zadowolona obserwowałam ludzi, w jaki sposób chodzą, jak wyglądają co, robią, jakie plecaki i walizki niosą, czy biegną czy idą powoli... Elektryczne samochodu przewoziły ludzi z bagażami co rusz to w inną stronę. Miałam frajdę i cały dzień przed sobą... Zanim wyruszyłam dalej, zamówiłam kawę na wynos oraz cudowne małe coś, takie słodkie, ręcznie robione z firmowej czekolady, nie mogłam się oprzeć, musiałam kupić, musiałam spróbować. Miałam misterny plan wypić kawę i zjeść czekoladowe cudo w ogrodzie na lotnisku. Zdjęcie z góry.
Tak, znalazłam wczoraj prawdziwy ogród, z wielkimi drzewami, z piękną roślinnością, z falującymi i wijącymi się ścieżkami, z ławeczkami w różnych kształtach, alejki, zaułki, dla dzieci place zabaw. W ławkach  zamontowane były gniazdka do ładowania telefonów, laptopów czy tabletów, Piękna zielona wyspa w środku lotniska. Z głośników rozlegał się śpiew ptaków. Zdjęłam buty i usiadłam na trawie opierając się wygodnie o sprytnie wyprofilowany pieniek. Kawa w tak pięknych okolicznościach przyrody smakowała wyśmienicie, a mały słodycz spowodował no mojej twarzy błogi uśmiech. 
To tam powstawały kolejne zdania mojej opowieści. Spędziłam tam ponad dwie godziny. 
Dopadłam wreszcie wolne tipi , w którym zjadłam mały lunch przygotowany z moich produktów które przywiozłam z Polski.

Udałam się na południe lotniska, z którego miałam wylot. Tutaj ponowna kontrola bagażu podręcznego. Dowiedziałam się wcześniej, że żadnych płynów zakupionych na lotnisku, ani nawet wody nie można wnieść na pokład samolotu. Gdy przyszła na mnie kolej na kuwetę położyłam mój worek podróżny wraz z pustymi podróżnymi butelkami. Na kolejną położyłam plecak i zaczęłam odpinać kieszeń, w której miałam woreczek strunowy z podróżnymi kosmetykami do standardowej kontroli. Przemiły pan powiedział po angielsku - kochana, nie potrzebuję byś pokazywała mi swoje skarby, zostaw je w kieszeni. A ja na to - gdybym miała skarby, chętnie bym  Tobie się nimi chociaż pochwaliła. Wszyscy dookoła się zaczęli uśmiechać. Poszło wesoło i sprawnie. 

Jak zapamiętam lotnisko Hamad w Doha? Czyste, bezpieczne, nowoczesne, z szacunkiem do każdego człowieka, ochrona i informacja na każdym kroku. Nigdy w życiu nigdzie nie widziałam tak wielu i sumiennie sprzątających mężczyzn jak na tym lotnisku.

Na lotnisku w Doha, część pierwsza.

Lot trwał nieco ponad 5 godzin. Odprawy żadnej nie było, więc szybko poszło. Międzynarodowe lotnisko Hamad składa się z dwóch części, północnej i południowej Wylądowałam w części północnej. 
Od razu wyruszyłam na poszukiwania miejsc do spania. Są dwie opcje, które brałam pod uwagę. Pierwsza to Silent Room, są damskie lub męskie. W pokojach jest około 15 długich foteli ułożonych w pozycji pół leżącej. Opcja bezpłatna, dobra na odpoczynek lub drzemkę ( jeśli ktoś potrafi 🙃 ). Druga to Sleep & Fly, opcja płatna. To kabiny od jedno do czteroosobowych, kanapą do spania , poduszką, kocem, ręcznikiem , zatyczkami do usz. Kabiny mieszczą się w wyciszonym i wygłuszonym korytarzu. Można je wynająć od minimum 2 godzin. Usytuowane są zarówno w południowej jak i północnej części lotniska.
Gdy już wiedziałam gdzie co jest, kupiłam wodę i poszłam szukać miejsca by móc wyciągnąć nogi. Nagle przede mną pojawiło się wielkie drzewo 
z kosmiczną iluminacją, a dookoła niego znajdował się spory teren ze sztuczną trawą. Nie zastanawiając się dłużej poszłam położyć się, zdjęłam buty i zaczęłam relaks w pozycji horyzontalnej. Takich osób jak ja było z 20 dookoła, różnej narodowości, dorośli i dzieci. Co za ulga. Odpoczywałam i patrzyłam na ludzi. Było idealnie. Pojawił się pan z ochrony informując piknikujących, że nie wolno tu leżeć i prosił by opuścić to miejsce. Nikt nie wziął sobie tej informacji do serca. Po godzinie ruszyłam na zwiedzanie lotniska. Wielkie i obszerne, z wieloma sklepami i kilkoma strefami jedzenia. Znalazłam kilka opcji wegańskich, więc wiedziałam, że spokojnie zjem śniadanie.  
Zwiedzanie miało również drugi ukryty sens, chciałam się trochę zmęczyć przed pójściem spać. Po godzinie 3-ciej zdecydowałam się na Silent Room. Cicho otworzyłam drzwi i zauważyłam czekające na mnie jedno miejsce. Cicho i bezszelestnie ulokowałam się na a'la łóżku. Już prawie zasypiałam, a tu nagle z głośnika wyfrunęła informacja, o regulacjach na lotnisku podczas nocy, potem o najbliższych lotach...Hmmm- pomyślałam - czy tak będzie całą noc? Powoli film zaczął mi się urywać, a tu znowu głos z głośnika. - O nie, nie dam rady zasnąć, idę do Sleep & Fly, była ostatnia wolna jednoosobowa kabina. 
Wynajęłam ją na 6 godzin. Położyłam się. Była godzina 4 w nocy, nastawiłam budzik na 9:30. Przez pierwszą godzinę wierciłam się, potem padłam ze zmęczenia, a potem .... dzwonił alarm. Czas tak szybko minął, mogłabym dalej spać. Wstałam, poukładałam wszystko i wyszłam poza strefę kabin. Woda i poranna kawa były w cenie dla 'kabinowców". Poranną zmianę miała Filipinka, cudowna kobieta. Nie mogłyśmy przestać gadać i opowiadać o naszych krajach. Cichaczem wręczyła mi kartę do strefy z prysznicami puszczając oczko. Jejku, co za miły prezent w podróży, cudownie zaczął mi się dzień.

piątek, 17 marca 2023

z Warszawy do Doha

Po soczystym, wegańskim i zielonym posiłku ruszyłam w kierunku samolotu.


Co by nie mówić posiadanie nowoczesnego paszportu znacznie przyspiesza odprawę. Przekroczenie bramki zajęło mi dosłownie 30 sekund.  I w ten sposób stałam się pasażerem Qatar Airways. Przewidywany czas lotu to około 5 godzin z małym haczykiem. Przyznam się, że przygotowywałam się do tej lotniczej podróży i sprawdzałam możliwość dostępności roślinnych posiłków. Przeglądając swoje konto pasażera, klikałam po wszystkich możliwych opcjach zarządzających moją podróżą i dopadłam informacje dotyczące posiłków. Bez większego zastanowienia zaczęłam szukać opcji wegańskich lub  wegetariańskich...no i znalazłam. Okazało się, że większość opcji wegetariańskich to opcje wegańskie. Wybrałam je klikając w nadziei, że moje życzenia się spełnią :). Przewidując niepowodzenie do bagażu podręcznego zapakowałam dwa małe pasztety z tofu, dwie mini bardzo lekkie puszeczki z cieciorką,  dwa jabłka, opakowanie małych papryk, dwie bułki grahamki,  batony z białkiem grochu i pieczywo chrupkie z warzywami i z siemieniem lnianym.
Kolejny raz podczas mojej podróży zostałam mile zaskoczona gdyż  otrzymałam zamówiony posiłek. Dostałam orientalne curry z jaśminowym ryżem, warzywami i tofu, do tego surówkę z młodej soi i świeżymi warzywkami,  jako dodatek w oddzielnej miseczce miks owoców i ciepłą bułeczkę. Cóż mogę powiedzieć, było pysznie. 

Hitem okazał się sok pomidorowy, który trzykrotnie zamówiłam. Małe pochrupajki dowiozłam na lotnisko tranzytowe. 
Lot minął bardzo szybko i komfortowo. Obsługa lotu na wysokim poziomie. Udało mi się oglądnąć  hiszpański film Behind the scenes, porozmawiać z pasażerami w różnych językach i zacząć pisać dziennik podróży. 
Wylądowałam na lotnisku w Doha około godziny 23-ciej lokalnego czasu, dwie godziny do przodu w stosunku do czasu w Polsce.

W drogę do Australii

Z Gdańska wyruszyłam 15 marca. Pociągiem Intercity do Warszawy Gdańskiej z noclegiem u przyjaciół na Bielanach. Można powiedzieć, że  podróż zapowiadajaca wrażenia zaczęła się następnego dnia z samego rana. Spakowana i gotowa na śniadanie próbowałam zacząć dzień. Połączenia na lotnisko metrem i SKMką wstępnie opanowałam, gdy nagle na Messenger wpadła wiadomość. Kasia , trzeba kupić kartę SIM i zawieźć ją do Australii. Zobacz gdzie najbliżej masz do salonu, zamówię, zapłacę i odbierzesz. Dobrze? Proszę. No i zamiast spokojnego śniadania zaczęła się reorganizacja czasu dojazdu na lotnisko. Stres, będzie mało czasu i ta ciężka walizka. Gdy już wszystko w teorii było zaaranżowane, ponowna  wiadomość. Alarm odwołany, znalazła się karta SIM, nie trzeba dowozić nowej do Australii. Ufff...co za ulga. Taaaak, żołądek zdążył się jednak już skurczyć i przeszła mi ochota na śniadanie. Mimo to powędrowałam do kuchni zająć się porannym posiłkiem. Warzywa z tofu na ciepło, guacamole, rukola...ledwo zmieściły się w brzuchu. Z Wawrzyszewa do Gdańskiej, przesiadka i ... kierunek lotnisko Chopina. Po odprawie bagażowej było trochę czasu, więc ruszyłam na gastronomiczny rekonesans. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu odkryłam na lotnisku świątynię zieloności z wegańskimi opcjami włącznie saladstory . Co za raj. Pomyślałam, że świat idzie w dobrą, zieloną stronę.
zdjęcie jest własnością saladstory